Tyle razy przykładałam sobie nóż do gardła, że nie potrafię tego zliczyć.
PESYMIZMJednak nadmierny entuzjazm zawsze kończył się dla mnie źle, więc wychodzi na to że dawkowanie go sobie z odrobiną sceptycyzmu i realizmu jest lepsze. Z natury jestem pesymistką, więc rozczarowania bywają mniej bolesne.
Najbardziej w tym wszystkim irytuje mnie to, że mam wszelkie warunki do normalnego, spokojnego życia. Jednak moja psychika (która u każdego człowieka gra przecież kluczową rolę w jakości egzystencji) stała się moim największym wrogiem.
Zadręczam się aż zmorzy mnie sen ze zmęczenia, w snach męczą mnie koszmary, budzę się i jazda od nowa. Boję się radości, bo trzeba ją odkupić za ogromną cenę. Odrobina szczęścia za niewyobrażalną sumę w walucie cierpienia. Nie handluję tak. To nieczysty interes.
Tak na marginesie, miesza mi się wszystko. W ciągu minuty przez mój mózg przechodzi plątanina strachu, paniki, zobojętnienia, irytacji. Na zmianę mam wszystko gdzieś żeby za kwadrans wpaść w czarną rozpacz, co to będzie.
Całe dnie mogę sobie siedzieć, czytać książki, oglądać filmy, sprzątać albo robić burdel. I nie odczuwam najmniejszej potrzeby kontaktów z ludźmi. Pogadać sobie mogę z moim kotem.
Przez te całe trzy lata leżałam tylko w swoim wyrze wzdychając nad swoim samopoczuciem. Rzuciłam wszystkim czym się zajmowałam bo nie miałam do niczego talentu ani cierpliwości, bo zawsze x ludzi było ode mnie LEPSZYCH, SZYBSZYCH, więc skoro ktoś tam był lepszy, to mogę sobie kurwa odpuścić.
Co to za myślenie?! WTF?!
Boję się, że całe życie upłynie mi na wstrzymywaniu się przed wszystkim. Nad nienawistnym patrzeniem w lustro. Na rozmyślaniu nad oczywistymi oczywistościami.
Oszalałam albo świat oszalał.
Ludzie zmieniają się w coś potwornego. W patologicznie egoistyczne, materialistyczne monstery których emocjonalność i empatia są płytsze, niż woda w kałuży.
Mam 19 lat i jestem wrakiem człowieka.
Boże skąd we mnie tyle szczerości?
Jak mawiał Einstein: a co mi tam. Nie mam kogo okłamywać.