poniedziałek, 28 listopada 2011

it is what you think it is

tak to zaledwie 57 dni, a już doprowadza mnie do szału, do szewskiej pasji, że mogłabym sobie rwać włosy z głowy. Drażni mnie swoją arogancją i obojętnością. Chwilami go nienawidzę, nie cierpię, nie znoszę, kocham.
chyba nie brakuje mi Ciebie na tyle,żeby zamykając oczy myśleć o Tobie. Za to w środę z tęsknoty wbiję zęby w ścianę.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Z nowinek: Bankrutuję, jestem u kresu dna i biedy. 100zł przepadło na gazety a reszta sama się rozeszła. I nie dość, że kupiłam Vouga za n złotych to teraz każą mi go pociąć, przecież to jest okrutne, to wręcz przemoc psychiczna.
Nie zrobię tego, nie mogę.
Dalej mamy taką koste, że przy dwóch swetrach, kocach i kaloryferze w postaci kota wymiękam, co ogranicza mi pole manewru strasznie.
Chcę już święta w ciepłym domu i to

sobota, 5 listopada 2011

Jest listopad. Babram się całymi dniami w tzw. wysokiej kulturze. Czasami wychodzę do sklepu i szastam pieniędzmi. To chyba jedyny przejaw szaleństwa. Tracę godzinę dziennie w tramwajach i czuję się jakbym całe życie stała na światłach. Poranną kawę piję w moim ulubionym kubku i jem samotnie obiady. Szczyt szczęścia. I czasami myślę, że mogłam tu nie przyjeżdżać, bo po co mi to wszystko.